Odcięty od świata internetu przez 10 dni podróżował Krzysztof po bezkresnych lądach zielonej dżungli zwanej Brazylią.

Ipanema
Niby kraj sąsiadujący z Peru, a różniący się praktycznie wszystkim. Tu pustynia, tam dżungla. W Brazyli wszystko żyje, kwitnie, pnie się po budynkach. Natura wdziera się do największych metropolii i w piękny sposób z nimi koegzystuje. Dopiero w Brazyli powiedzenie dżungla miejska nabiera prawdziwego znaczenia.

Rio
Podróż zaczęła się w środę wieczorem od lotniska w Limie, pełnego białych masek. Wszyscy w Peru mają bzika na punkcie świńskiej grypy i na każde kichnięcie, czy osobę z katarem reagują nerwowo. Szczęśliwy i żądny przygód przeszedłem wszystkie bramki i już miałem wchodzić do samolotu, kiedy nagle niczym mur przede mną wyrosło jeszcze jedno okienko, przy którym zdarli ze mnie 31$ opłaty lotniskowej, o której nikt nie był łaskaw mnie wcześniej poinformować. Obudziłem się na pół godziny przed lądowaniem. Za oknem widać było zorzę świateł bijących od miasta. Lądując po 30 minutach, kiedy za oknem wciąż widać ten sam, niekończący się blask uświadamiasz sobie, że przecież w tej metropolii mieszka populacja równa połowie ludności Polski. Po wylądowaniu trzeba już tylko złapać busa do centrum, a potem do Rio de Janeiro, co o czwartej nad ranem nie jest znowu takim prostym zadaniem.

Rio
O wszystkich niewygodach podróży zapominasz w ciągu minuty po dotarciu do Rio. Ciężko jest lubić to miasto, to miasto się kocha ![]()
Pierwszy wieczór upłynął na zwiedzaniu Copacabany i Ipanemy. Zaczęło się od pierwszej caipirinhi w barze na plaży z widokiem na morze i przepięknie oświetlone wybrzeże Rio. Następnie wypad do Ipanemy, najbardziej luksusowej części miasta, żeby zwiedzić bar, w którym w latach 60 została napisana najsłynniejsza bossanova “The Girl from Ipanema”.

Copacabana
Kolejny dzień upłynął na plaży, wypadzie na imprezę w Faveli, podczas którego miałem okazję przejść się ulicami iście jak z filmu Miasto Boga, zaś potem w artystycznym klubie Manifesto zobaczyć koncert jazzowy i podziwiać przepiękny widok Rio w nocy (Favele są prawie zawsze położone na wzgórzu). Po północy wyruszyliśmy z grupą znajomych do Lapa – imprezowej dzielnicy, położonej w centrum miasta, gdzie w kilku klubach oraz na kilku ulicznych imprezach tańczyliśmy do rana w rytmach samby. W środku nocy panuje tam niesamowity tłok i ścisk. Ludzie tańczą na ulicach, przekąszając coś w otwartych barach i popijając zabójczo mocną Caipirinhą. Co chwile ktoś (przeważnie ćpunki z malutkimi dziećmi) szarpie cię, prosząc o pieniądze lub próbuje ci coś sprzedać. Impreza kończy się wraz z zamknięciem klubu o 7 rano, więc jeszcze szybki wypad na plażę, żeby się zregenerować morską bryzą. O 9:00 trafiłem do łóżka hotelowego, gdzie po zasłużonych 3h snu trzeba było się zrywać, żeby się jeszcze załapać na śniadanie.

Christo
Kolejny dzień to wypad na górę Corcovado, żeby zobaczyć najsłynniejszy 38-metrowy pomnik Chrysta strzeżącego miasto. Warto złapać lokalnego przewodnika, który opowie Ci kilka ciekawostek, których nie znajdziesz w przewodniku, np. historię o tym jak to w latach 80 przed wizytą Jana Pawła II miasto zarządziło umyć figurę i zużyło na ten cel 0,5 mln litrów wody i kilka ton środków oczyszczających. Wieczorem wypad na Feira Sao Cristivao, targ ludzi z północy, gdzie można spróbować typowe jedzenie, obejrzeć kilka koncertów lokalnej muzyki, a potem potańczyć z caipirinhą w ręku. Zmęczeni po kilku dniach imprezowania zdecydowaliśmy razem z Kamilą (Polska) i Rod (Brazylia) skoczyć do mojego hotelu do Jacuzzi na chillout. Zanim dotraliśmy na miejsce była już 1 w nocy i hotelowe SPA zdążyli już zamknąć, więc postanowiliśmy skoczyć jeszcze na Copacabanę na ostanią Caipirinhę tej nocy. Gdy doszliśmy na plaże w klubie nad samym morzem była gruba impreza z DJem na żywo i przepięknym widokiem na wybrzeże Rio w nocy. Ciężko było się oprzeć i znowu skończyliśmy nad ranem ..

Feira Sao Cristivao
Ostatniego dnia regeneracja na plaży, oglądanie finałowego meczu Copa Carioca i wypad do niesamowitego miejsca – Cosa Rosa. Były burdel, obecnie odrestaurowany i zaprojektowany jako artystyczne miejsce, w którym wieczór zaczyna się od tradycyjnego brazylijskigo posiłku, następnie jest kilka koncertów samby na żywo, a potem impreza w 4 różnych salach, z różną muzyką. Najciekawszy jest funk carioca, poniżej taniec i muzyka :
Cieżko opisać wszystko, ale było grubo
Za kilka dni wrzucę posta o drobnych sprzecznościach w kulturze i mentalności brazylijskiej. Coś na wzór dialogu Vicenta i Julesa z Pulp Fiction:
Vincent: But you know what the funniest thing about Europe is?
Jules: What?
Vincent: It’s the little differences. I mean, they got the same shit over there that we got here, but it’s just, just, there it’s a little different.
Zdjęcia możecie znaleźć tutaj: http://picasaweb.google.com/kbielski/Brasil